Niekończące się strzały w stopę

Ten tekst będzie o pewnej podstawowej pomyłce, czy raczej problemie, z jakim borykają się „mniejsze” browary na całym świecie. Piszę o „mniejszych”, a nie „rzemieślniczych” czy „regionalnych”, bo jest to stosunkowo jasne określenie – chodzi tu o te, które z rynku piwnego w swoim kraju mają tak mały „wycinek tortu”, że nawet zebrane wszystkie razem utworzą jego kilka, a w skrajnych przypadkach kilkanaście procent. Takie leniwe przemyślenia na ten temat siedzą mi w głowie już sporo czasu, bo od momentu pojawiania się na rynku niepasteryzowanych Łomży i Kasztelana – jednak dopiero niedawna, głośna w piwnym światku sprawa amerykańskiego Brewers Association ostatecznie zmotywowała mnie do napisania na ten temat.

Chodzi tutaj o bardzo prostą sprawę – „mniejsze” browary mają ogromne upodobanie do wychodzenia poza swoją branżę i zamiast piwem, notorycznie handlują słowami. Zakładając, że winowajca w tym wypadku warzy lepsze piwo od koncernowej „średniej krajowej”, odczuwa w związku z tym palący obowiązek powiedzieć klientowi, dlaczego jego piwo jest wyjątkowe i co w nim jest lepszego. Że na etykiecie nie starcza zwykle miejsca na opis reakcji chemicznych zachodzących podczas produkcji, wszystkie chwalebne jakości piwa podsumowuje się jakimś chwytliwym określeniem. Potem następuje dziecinna radość, bo ludzie rzeczywiście zaczynają identyfikować to określenie z wysoką jakością produktu; zawsze jednak przychodzą korporacyjni złodzieje, by użyć tego określenia do własnych celów.

Tutaj zaczyna się gra w kotka i myszkę. Kiedy browary sprzedające swoje piwo z użyciem chwytliwego słówka orientują się, że nie jest ono zarejestrowane w urzędzie patentowym i byle kto może takim hasłem ozdobić butelkę, robią aferę i zaczynają przekonywać konsumenta, że to starannie lansowane określenie za sprawą złego dotyku piwnego demona (głównie koncernu) stało się zbrukane. Jest za to nowe, fajniejsze słówko, definiujące jeszcze lepiej od poprzedniego, na czym dobre piwo polega! I powstaje kolejny marketingowy potworek, z którym wszystko gra, dopóki znowu nie zauważą go browary – złoczyńcy by zagarnąć i użyć na etykiecie swoich nietoperzych sików.

Przyjrzyjmy się historii tego procederu na rodzimym rynku piwnym.
-Nasze piwo jest dobre, bo niepasteryzowane!
Pojawiają się niepasteryzowane Kasztelan, Łomża, Perła, Leżajsk etc.
-To się nie liczy, bo stosują mikrofiltrację. Filtracja to kastracja! Patrzcie, jakie mamy mętne piwo!
Na rynku debiutują Łomża Niefiltrowana, Grodzkie itp.
-E tam, pieprzyć to wszystko – nieutrwalone piwo było fajne trzy lata temu, teraz dobre piwo robią browary kontraktowe; rzemieślnicze!
Do sklepów wchodzą piwa z
Antidotum.

Oczywiście – można się licytować dalej. Wylansuje się opinię, że liczą się tylko amerykańskie chmiele, to ktoś dorzuci trochę Citry do nudnego piwa i będzie z automatu prawdziwym rewolucjonistą; kij z tym, że wyjdzie płaskie w smaku jak biegaczka olimpijska. Jeśli na powód jakości wypromuje się zastosowanie górnej fermentacji, doczekamy się wysypu nudnych Pale Ale albo nawet IPA. Dlaczego nudnych? Bo w badaniach na testowych grupach konsumentów wyjdzie, że próbna warka o najmniej wyrazistym profilu smakowym najbardziej się ludziom podoba, tak jak było z Książęcym Pszenicznym.

Image

Piwa spod szyldu Green Valley Brewing

A jak poszła sprawa w USA? Tam przeciwnik nie śpi, bo już od lat wprowadzane są przez piwa mające naśladować wyroby browarów „rzemieślniczych”. Ich spryt sięga jednak jeszcze dalej – na etykietach często jako producent widnieje firma-widmo, o której siedzibie – mimo, że podana jest nierzadko lokalizacja – mało kto słyszał. Sprawa zyskała rozgłos wraz z publikacją dokumentalnego filmu „Beer Wars” (rok 2009), którego pierwszy raz oglądałem zaczynając się dopiero interesować poruszaną w nim tematyką. Ukazany jest tam przypadek piw spod szyldu „Green Valley Brewing” – mają własne strony internetowe, które podobnie jak etykiety napakowane są słowami typu „organic” i „craft”. Podana jest także informacja o lokalizacji browaru – Fairfield w Kalifornii. Jak się okazało, jedyny browar w Fairfield to wielki zakład produkcyjny Budwiesera, i tam właśnie powstawały „piwa rzemieślnicze” z Green Valley. Nie był to odosobniony przypadek, i w związku z tą sytuacją  Brewers Association of America opublikowało oświadczenie o chwytliwym tytule „Craft vs. Crafty”, gdzie Crafty z Angielskiego oznacza „podstępny”. Niektóre fragmenty tej wypowiedzi są co najmniej wątpliwe. Przykładowy fragment:

„…it’s important to remember that if a large brewer has a controlling share of a smaller producing brewery, the brewer is, by definition, not craft.”

Tłumaczenie:

Ważnym jest pamiętać, że jeśli duży browar ma pakiet kontrolny akcji mniejszego browaru, browar ten z definicji nie jest rzemieślniczy.

Problemów z tą tezą jest niemało, ale podstawowy to oczywiście kwestia definicji tego, co to znaczy dla piwa być „rzemieślniczym”. Produkcja na małą skalę? Okej, ale w takim razie co stoi na przeszkodzie, by mikrobrowar o niewielkim wybiciu miał jako posiadacza wielki koncern, jeśli zachowa skalę produkcji? Bardziej oczywisty warunek to wysoka jakość prodktu – ale to akurat jeszcze gorsza teza, bo co jak co, ale jakość produkcyjna u koncernów zawsze jest bez zarzutu, w przeciwieństwie właśnie do mniejszych browarów, którym nie raz zdarzają się trefne warki, problemy z transportem i inne wpadki. Przykładów nie brakuje, o czym świadczy choćby nowa warka Jak W Dym (która jest wadliwa i nie trafi do sprzedaży) czy też perypetie AleBrowaru z beczkowymi premierami (zbyt wysoka temperatura Sweet Cow i Amber Boya, gęstwa w Naked Mummy). Prawda jest taka, że z perspektywy konsumenta przykładowy Atak Chmielu mogłaby warzyć Kompania Piwowarska i – bez zmian receptury i stosowania HGB – dalej byłoby to piwo równie dobre, a możliwe nawet, że lepsze, biorąc pod uwagę technologiczną przewagę KP nad Zawierciem. Nie byłoby problemów z dostawami chmielu, bo koncern zawsze surowce wykombinuje, a dystrybucja i kontrola jakości stałyby na pewno na dużo wyższym poziomie.

Niedawno powiązana z tym tematem była afera nagłośniona przez profil facebookowy Czarnkowa o piwach z Łomży, ale o tym już wszyscy słyszeli – a jak nie, odsyłam na blog Kopyra (gdzieś tu powinien być link), gdzie pojawił się dość wyczerpujący wpis na ten temat. Oburzają się wszyscy, Polacy i Amerykanie, że ich patenty na „prawdziwe piwo” są kopiowane przez korporacyjne molochy, ale też marnych naśladowców z podobnej „kategorii wagowej”, którym brakuje oryginalności i inwencji twórczej. Wniosek jest dość oczywisty i nasuwa się sam: żeby odróżnić swoje piwo od konkurencji, zamiast opisywać je chwytliwymi określeniami lepiej jest po prostu warzyć najlepszy i najciekawszy trunek, na jaki pozwolą możliwości. Jakość broni się sama i wcale nie potrzebuje flagi z ładnym słówkiem – i choć takim słowem można dużo ugrać, da się też przez nie sporo stracić. Marketing to miecz obusieczny i lepiej nim nie wymachiwać na ślepo, bo na jego polu giganci rynku zawsze będą mieć przewagę i wszystkie posunięcia konkurencji postarają się wykorzystać dla własnej korzyści. Najlepsi marketingowcy na świecie nie są jednak z zawodu piwowarami, dlatego jeśli zamierza się ich pokonać – należy to robić właśnie zawartością butelki lub beczki.

Ewentualnie puszki🙂.

Image

Opublikowano Teorie i polemiki | Otagowano , , , | 3 komentarzy

Luźne pytania i odpowiedzi

Czy Atak Chmielu zaliczył spadek jakości?

Temat ten został podniesiony w Tychach, zarówno podczas wycieczki po browarze, jak i późniejszego after party. ElDesmadre twierdził, że pity przez niego niedawno Atak był – chociaż świeży – wybitnie karmelowy, i słaby chmielowo. Potem obiło mi się o uszy twierdzenie, że Pinta pomaga sobie angielskimi chmielami wobec sławetnego kryzysu dostaw z USA. Żeby to wszystko zbadać, na after party otworzyliśmy butelkę, ale zgodnie stwierdzono, że wszystko z nią w porządku. Okazało się jednak, że każdy, kto narzekał na Atak, miał do czynienia z warką o „lutowej” dacie ważności. Wraz z Docentem, wizytując Po Drugiej Stronie Lustra, postanowiliśmy więc to sprawdzić, jako że mieli tam zarówno świeży Atak „z kija”, Angielskie Śniadanie (karmel i angielskie chmiele w równoległym porównaniu) i butelki Ataku z owej podejrzanej warki.

Co się okazało? Angielskie chmiele uznaliśmy za bujdę, ale rzeczywiście chmielu było wyraźnie mniej w wersji „lutowej”. Różnica była dość wyraźna, by nie dało się jej zwalić jedynie na kwestię mniejszej świeżości piwa w porównaniu z beczką – chmielu w tej warce było rzeczywiście mniej, niż zwykle. Postawiliśmy tezę, że najpewniej Pinta miała trefną partię surowców, może po prostu wzięła chmiel z innego niż zwykle źródła. Nie ma nad czym zgrzytać zębami, bo piwo wróciło do formy, ale sytuacja na swój sposób ciekawa.

Czy Książęce da się lubić?

Jako że w Tychach (i w powrotnym pociągu do Warszawy) „degustowałem” – tak jak inni blogerzy – więcej Książęcego, niż myślałem, że kiedykolwiek wypiję, trzeba o tych piwach kilka słów napisać.

Po pierwsze – jak już wieść gminna niesie – Pszeniczne rzeczywiście nie jest Hefeweizenem. Jest lagero-weizenową hybrydą, bo słód pszeniczny jest, brak filtracji jest i nawet jakieś nuty owocowe (gruszka?) są, ale z fermentacji to zwyczajny dolniak. Piwo jest lepsze od Czerwonego Lagera, ale podobnie jak on bardziej nadaje się do picia na hejnał z butelki, niż kontemplacyjnej degustacji w eleganckim szkle – co potwierdziłem w drodze powrotnej do Warszawy. Docent powinien gdzieś mieć kompromitujące dowody wideo…

A co z Ciemnym? Najlepsze piwo z tej trójki w opinii każdego, kogo pytałem, czy się na piwie zna, czy nie –  to swoisty ewenement. Na pewno trzeba mu jedno zaliczyć na plus – w tym piwie JEST paloność. Niestety, jest też cukier, który – chociaż w samej smakowej słodyczy nie jest tak nachalny, jak w wielu innych rodzimych ciemniakach – zdecydowanie obniża pijalność przez lepkość i „zapychające” doznania z picia piwa. A szkoda, bo gdyby nie to, byłoby całkiem udanym dark lagerem, którego – choć bez fajerwerków smakowych – w pubie można by pić litrami. I warto wspomnieć, że choć rewelacji nie ma, to Ciemne jest lepszym piwem od wielu koncernowych Tmavych z Czech i Słowacji, a na tle reszty Europy – z wyłączeniem Niemiec – w obrębie mainstreamowych reprezentantów swojego gatunku nie ma się czego wstydzić.

Wszystkie trzy piwa są nudne i bez wyrazu jak stare gumofilce, ale dają pewne powody do optymizmu – bo to dzięki nim przeciętny konsument ma szansę wyjść poza pale-lagerowy schemat. I tak jak niegdysiejsi fani Paulanera i Kozela Cernego stanowią teraz istotny procent klientów Pinty i AleBrowaru, obecni koneserzy Książęcego, dzięki zbudowaniu w sobie piwnej ciekawości będą kiedyś zasiedlać najlepsze puby w kraju. Więc – chociaż ja tego kupować pewnie nie będę – całkiem dobrze, że jest na rynku.

Czy IPA z Artezana jest dobra?

Nie wiem, bo w Warszawie wypili obie beczki w 4 godziny od premiery. Ale z tego można chyba wnioskować, że całkiem niezła🙂.

Czy w pełnej butelce może być więcej osadu, niż właściwego piwa?

Tak, polecam Niefiltrowane Jasne z legendarnego Browaru Edi – osadu potrafi tam być pod samą szyjkę, a przeciętna butelka wygląda jak supermarketowy żurek w butelce. Z jedną różnicą – zawartość jest jeszcze kwaśniejsza.

Czy mówienie „Portera” i „Stouta” jest dopuszczalne?

Jest tak samo dopuszczalne, jak mówienie „tą książkę” zamiast „tę książkę”. Czyli – powinno się mówić „Porteru”, bo taka forma jest perfekcyjna, ale można – w normie użytkowej – mówić „Portera”. Po prostu, będzie to bolało biedne uszy purystów językowych. Mnie na przykład „tą butelkę” nieco przeszkadza, ale z „postępem” na dłuższą metę nie da się walczyć.

Czy Kormoran rzeczywiście przygotowuje Czosnek w Piwie?

Wszystko wskazuje na to, że tak; mało tego, wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi Orkiszowe z Czosnkiem będzie schodzić z półek jak ciepłe bułeczki.

Czy Porter Miodowy z Krajana jest najgorszym miodowym wynalazkiem na rynku?

Nie, bo istnieje jeszcze M3 – Miód, Malina, Mięta. Nazywane przez sprzedającego to piwo radomskiego Dionizosa – uwaga – „Miętową Wpadką”. Ekhm…

Czy Antidotum warzy dobrego Pilsa?

„Porter miodowy z Krajana jest bardziej Pilsowy, niż Pils z Antidotum!”

– Spęd Hejterów Piwnych, Tychy, 2012

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , | 6 komentarzy

Nowe wcielenie benedyktyna – Imperial Pilsner z Břevnova

Temat dzisiejszego wpisu to piwo ciekawe z kilku względów. Po pierwsze – styl, dość nietypowy, będący przyjemną ciekawostką w świecie ejli, reprezentujący środkowoeuropejską tradycję na zdominowanej przez różne warianty IPA arenie mocnych i intensywnie chmielonych piw jasnych. Po drugie – i najważniejsze – warzący go browar. Przybytek ten jest bowiem jednocześnie najnowszym i najstarszym browarem w Pradze. W obecnym stanie działa dopiero od tego lata za sprawą spółki Pivo Praha (posiadającej także browar restauracyjny Pivovarský Dům i  pub Pivovarsky Klub, oba cieszące się sporym powodzeniem) – mieści się jednak w budynku Břevnovskiego klasztoru.

Ten natomiast znany jest  z pierwszych w praskiej historii wzmianek o komercyjnej produkcji piwa – powstał już w roku 993, a warzenie rozpoczęto niedługo później. Jest to więc miejsce szczególne i wybitnie odpowiednie do tworzenia dobrego piwa, a cała inicjatywa jest zdecydowanie warta solidnej pochwały. Browar warzy jeszcze dwunastkę, ciemniaka, IPA, pszenicę i imperial stouta – selekcja jest więc całkiem ciekawa. Ja ze swojej wycieczki przywiozłem jeszcze dwa z tych piw, możecie zgadnąć które – i niewątpliwie kiedyś o nich napiszę. Na miejscu natomiast, chociaż browaru nie odwiedziłem, dane mi było spróbować warzonej w tym browarze dwunastki – tak się złożyło, że akurat lali ją w sklepie Pivni Rozmanitost, gdzie robiłem zakupy (to jest w Czechach kapitalne – piwo leją gdzie się da, a lodówki z butelkami stoją nawet  w cukierniach). Dość więc  historii – czas na konkrety.

Zapach z butelki nietypowy, mocno trawiasty z ciężką do zidentyfikowania słodkawą nutą – 20 blg solidnej słodowej podbudowy niewątpliwie jest za nią odpowiedzialne – waham się między owocami, chlebem, miodem i biszkoptem. Wydaje mi się, że czuję śliwkę. Po przelaniu do pokala identyfikuję to dokładniej jako zapach mirabelki, czyli coś, czego w piwie zbyt często nie spotykam. Gdzieś tam czai się też lekka nuta bananowa, ale nie jest to banan w stylu weizenowo-drożdżowym, tylko bardziej jak banan suszony, znany czasem pod mało wysublimowaną nazwą bananowych chipsów.

Wysycenie niezbyt mocne, w sam raz; piany malutko, ale przy takiej mocy i braku pszenicy w
składzie to nic niezwykłego. Całkiem mocna, nie do końca zapowiedziana w zapachu goryczka; odmienna zupełnie od takiej, do której przyzwyczaiły mnie IPA, mniej sosnowa, zostawiająca mniejszy posmak, ale równie ciekawa. Jak widać, wcale nie egzotycznych szczepów z nowego świata do uzyskania niebanalnej nuty chmielowej. Goryczka tutaj jest dość „ziemista”  i mniej narzucająca się, raczej współpracująca ze słodem, niż narzucająca mu swoje warunki. A co do słodu – obecna jest
dostrzegalna już wcześniej w aromacie nuta kojarząca się z miodem, i to w jednej z jego ciemniejszych odmian. Owocowości doszukać się jest znacznie ciężej, niż w aromacie. Alkohol gdzieś tam w gardło grzeje, czuć go też w żołądku, ale nie jest tak intensywny, jak przy niektórych imperial IPA. Chociaż piwo jest dobre, to nie jest zbyt absorbujące – nadaje się idealnie do wieczornego czytania książki, oglądania meczu czy innej relaksującej aktywności, bo wcale kubków smakowych nie męczy i na zbyt wiele ich nie naraża. Jak na swoją moc (8,5%) zaskakująco łagodne w smaku – przynajmniej dla mnie, bo podejrzewam, że wielu innych zwróciłoby znacznie więcej uwagi na goryczkę, która dla mnie jest po prostu w sam raz.

Piwo ciężkie do mentalnego sklasyfikowania, bo trochę przypomina koźlaka, trochę ejla, a trochę… Strong lagera. W sumie, biorąc pod uwagę charakterystykę, można by zakwalifikować to piwo do jednej kategorii z naszymi rodzimymi „mocnymi”, tylko że wykonanie jest w tym wypadku dużo lepsze. Benedict Imperial Pilsner jest, w kaleczonej rozmaitymi produktami kategorii mocnych jasnych piw dolnej fermentacji, wzorcowy. Nie jest przekombinowany, nie zwala smakiem z krzesła, tylko dyskretnie buduje uznanie swoją subtelną smakową mieszanką prostoty i głębi. Dobrze wydane 88 koron.

I na koniec mała ciekawostka – po zamknięciu butelki z krachlą i wstawieniu do lodówki, piwo jest bardzo dobre również dnia następnego – co jest dobrą wiadomością, bo 750 ml tak mocnego piwa na raz nie dla każdego jest dobrym rozwiązaniem.

Opublikowano Degustacje | Dodaj komentarz

PET-owa puszka Pandory – czeskie IIPA

Wróciłem.

Wpis z mojej okraszonej rozmaitymi piwami eskapady był już w trakcie powstawania, ale w rezultacie problemów z WordPressem zachowało się z niego kilka linijek, więc na razie postanowiłem go sobie odpuścić. Ale zamiast tego, zdecydowałem się napisać kilka słów o bardzo ciekawym piwie, które z tej wyprawy przywiozłem – chociaż w nieco innym niż poprzednio formacie, bo rezygnując z ocen w skali 1-10, co jest częściowo powodowane moimi wnioskami z wyjazdu i wakacji jako takich, ale też zwyczajnie przebłyskiem zdrowego rozsądku – nie uważam, żebym po wypiciu całego tego piwa był w stanie je rzetelnie ocenić…

Wracając do tematu – jest to jedno z czterech piw, które dostałem w ramach wymiany z Maxem AKA Pivni Filosofem, ale o naszym spotkaniu napiszę w następnym wpisie. Reprezentuje Czechów w egzotycznej dla nich kategorii Imperial IPA, mało tego – nie pochodzi ono ani od Honzy Kocki, ani Adama Matuski. Według niezbyt bogatej w informacje etykiety przylepionej z wysoce umiarkowaną starannością do 1-litrowej (chyba) butelki PET, uwarzył je Pivovar Antoš. Z tego, co zdołałem się dowiedzieć, jest to browar restauracyjny butelkujący swoje piwa w takie właśnie plastikowe opakowania i sprzedający w ograniczonym stopniu, a jednym z ich ciekawszych i sławniejszych piw jest żytnie IPA o ekstrakcie 17 plato, którego niestety nie udało mi się przywieźć. Przynajmniej tym razem… Ale wracając do piwa – 8.8% alkoholu i nieznany mi ekstrakt, bo nawet na oficjalnej stronie browaru próżno szukać o tym piwie informacji. W składzie słód jęczmienny, chmiel, drożdże i cukier. Dwie rzeczy, na które wypada tu zwrócić uwagę, to – po pierwsze – brak dodatków pszenicznych, używanych w ejlach do uzyskania lepszej piany – więc zdecydowanie nie ma sensu spodziewać się rewelacji pod tym względem, a po drugie – obecność cukru, który jednak prawdopodobnie występował jedynie przy refermentacji – ale głowy za to nie dam.

Otwieram piwo, i jest… Ciekawie. Zapach jest – uwaga – bardzo słodki. Pachnie miodem (!), karmelem i dopiero potem oczekiwanymi owocami tropikalnymi, jest tu jednak więcej ananasa i mango niż cytrusów. Da się też wyczuć bardzo wyraźną żurawinę i inne owoce z kategorii jagodowo-czerwonej (truskawki?). Po solidnej chwili dopiero przebija się żywiczna sosnowość i cytrusy, wszystko w przyjemnej kompozycji z wciąż mocno obecną słodyczą.

Przy nalewaniu piwo nie tworzy prawie żadnej piany, czego – jak już wspomniałem – wypada się spodziewać. Kolor jest ciemnobursztynowy, czerwonawy, a samo piwo oczywiście mętne. Nie na tyle, by utworzyć osad w butelce, ale wystarczająco, by nie dało się przejrzeć przez pokal. Piwo jest w dość chłodnej temperaturze jak na swoją moc, bo pragnienie wygrało u mnie ze snobistyczną potrzebą przestrzegania zasad poprawnego serwowania, ale szczerze mówiąc – zanim opróżnię tę butlę, zrobi się pewnie całkiem ciepłe, więc nie ma w tym nic złego. Ciekawie będzie śledzić zmiany zachodzące w piwie w miarę wzrostu temperatury.

Pierwszy łyk, a właściwie ostrożny łyczek zaciekawia, choć nie zachwyca. W tym piwie na pewno nie brakuje nut karmelowych, za to chmiel wcale nie gra pierwszoplanowej roli. Gdyby smak tego piwa był atakiem drużyny piłkarskiej, goryczka pełniłaby rolę skrzydłowego, który pełni istotną rolę w inicjowaniu akcji, ale szybko wrzuca piłkę w pole karne, gdzie przejmuje ją środkowy napastnik, główna siła ofensywna drużyny – z wielkim napisem „KARMEL” na koszulce. To wcale nie oznacza, że goryczki brakuje, po prostu nie ma sensu spodziewać się barbarzyńskiego szturmowania jamy ustnej przez alfa-kwasy. Chwilowo daje o sobie znać lekka kwaskowatość będąca zapewne następstwem niewielkiej skali produkcji tego piwa, jednak nie występuje ona w ilośći przeszkadzającej w odbiorze. Po przełknięciu wyraźnie zaznacza swoją obecność alkohol, który – choć w smaku istnieje jedynie w postaci minimalnej cieprkości – wyraźnie ogrzewa żołądek. Goryczka w tym momencie schodzi do roli posmaku, przypominającego o swojej obecności przy przełykaniu śliny.

W miarę, jak piwo znika z pokala i uzupełniającej go butleki, pojawiają się kolejne spostrzeżenia. Pierwszym z nich jest gęstość piwa – kleją się mocno kąciki ust i odkręcające butelkę palce, więc te 8.8% alkoholu wcale nie musi świadczyć o głębokim odfermentowaniu. Drugim – zmiana profilu smakowego, w którym coraz śmielej pojawia się słód, z karmelowej jednowymiarowości przechodzący w bardziej złożoną strukturę, kojarzący się raczej z kromką zytniego, razowego chleba posmarowaną miodem (bez koloryzowania – jest to pierwsza rzecz, która przyszła mi na myśl). Piwo, po zapoznaniu się z nim, przyzwyczajeniu się do jego smaku i powolnym ogrzaniu samej zawartości butelki staje się coraz bardziej przyjemne, i choć pierwsze wrażenie mnie nie zachwyciło, teraz bardzo dobrze dogaduje się z moimi kubkami smakowymi. Przeczucie mnie nie zawiodło – ocena tego piwa w skali punktowej nie leży w mocy moich możliwości.

Czesi to zabawny naród – litrowa butla piwa, którego wedle gatunkowej definicji wzwykły konsument ledwo jest w stanie wysiorbać kilka kropli, to pomysł, łagodnie mówiąc – ciekawy. W trybie wieczornego, powolnego sączenia trunek ten potrafi być bardzo przyjemny, ale trzeba wziąć pod uwagę, że podejmowany samotnie – może ten wieczór uczynić bardzo długim… Chociaż zawartość tej butli nie jest idealnie wykonanym reprezentantem swojego stylu, zdecydowanie warto było wieźć je setki kilometrów w walizce.

Piwo – co by nie mówić – co najmniej ciekawe. Na spróbowanie zasługuje na pewno.

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Brew Dog i chwyty marketingowe piwnej rewolucji

Nie będzie to wpis degustacyjny, bo chociaż towarzyszą mi Atak Chmielu i Ognie Szczęścia, to wątpię, by Pintę było trzeba jeszcze komukolwiek przestawiać. Zamiast tego, zdecydowałem się (pomysł jak na polską piwną blogosferę, ohoho, rewolucyjny) – wdać się z innym blogerem w polemikę i przybliżyć czytelnikom (jak to dumnie brzmi) moje poglądy na krzykliwego przedstawiciela ruchu szumnie zwanego „piwną rewolucją” – browar BrewDog.

Inspiracja dla tego wpisu sięga sierpnia 2011, gdy w moim posiadaniu znalazła się butelka tajemnicza butelka ciemnego piwa o ekscentrycznej etykiecie przyozdobionej owczymi łbami. Jej zawartość wywołała we mnie – młodocianym poszukiwaczu piwa –  zachwyt, a jej pochodzenie okazało się sięgać znanego mi jedynie z legend szkockiego BrewDoga. Trzy kwartały później, na czytanym przeze mnie z zapałem blogu ElDesmadre pojawiły się recenzje trzech flagowych warzonych tam piw ze wspomnianej recenzji zapamiętałem głównie wyraźną krytykę stosowanego przez BrewDoga ekscentrycznego PR’u, przesyconego arogancją i dziwnym połączeniem ekstrawagancji z punkiem.

Temat ichniej wizerunkowej strategii był również poruszany później, a samo szumne określenie „piwna rewolucja” jest często obiektem krytyki. Mój pogląd na tę sprawę jest jednak dość prosty. Owszem, „bufonada” BrewDoga jest nieco irytująca, mocno niespójna i wyraźnie nadęta, a rewolucyjne hasła brzmią, jakbyśmy mieli uczynionymi z butelek po naszych AIPAch tulipanami mordować zarządy złowieszczych koncernów. Warto jednak zwrócić uwagę na cel przyświecający temu wszystkiemu. Oczywiście, cele poszczególnych właścicieli browarów niewątpliwie są w dużej części przeliczalne na walutę, ale idea przyświecająca całemu temu ruchowi – festiwalom rzemieślniczych ejli, piwnej publicystyce, organizacjom promującym „prawdziwe piwo” (np. CAMRA) czy nawet wmawianiu znajomym, żeby spróbowali, jak dobre piwo może smakować – jest dość szczytna.

Chodzi przecież o to, by dobre i ciekawe piwo nie było czymś unikalnym, czymś dla garstki maniaków. By z trudnych do znalezienia sklepów specjalistycznych i pojedynczych, wybranych barów wyprowadzić je do zwykłych marketów i restauracji, a także – i przede wszystkim – do świadomości ludzi, dla których dzisiaj piwo to tylko nudny eurolager. I w tym zakresie kontrowersyjne metody BrewDoga zdają się przynosić sukces, bo niestety trzeba narobić wokół siebie szumu, by zyskać jakąkolwiek rozpoznawalność. Punk IPA może nie łapie się nawet do ścisłej czołówki światowych IPA, ale osiąga coś innego – rzuca pewne wyzwanie piwnemu mainstreamowi na jego terenie, będąc dostępne w przystępnych puszkach 0.33l i stając się w UK coraz łatwiejszym do kupowania i picia na co dzień. Hardcore IPA, będąc piwem wybitnym i bezkompromisowym, zdołało w przebraniu zinfiltrować szeregi przeciwnika, będąc sprzedawane pod etykietą wyspiarskiego Tesco. Filozofia BrewDoga jest prosta – prowokować, a przeciwników prowokacji prowokować jeszcze mocniej. Gdy 18,2% Tokyo było oskarżone o „promowanie nadużywania alkoholu”, ich odpowiedzią był 32% Tactical Nuclear Penguin, inne ich piwo – „Speedball” – zapożyczyło nazwę od dość ekstremalnej mieszanki twardych narkotyków, co zaowocowało zakazem jego sprzedaży w UK. Efekt? BrewDog prosperuje coraz lepiej.

Cel nie zawsze uświęca środki, ale w tym wypadku musimy pogodzić się z prawdą, że dobre piwo samo w sobie to za mało na podbicie serc konsumentów. Amerykański Budweiser regularnie warzy rozwodnione siki, ale od wielu lat ma genialne kampanie reklamowe – kontrowersyjnymi, pomysłowymi i nieraz chamskimi klipami zdobywa serca konsumentów, a sponsoringami na scenie sportowej buduje lojalność wobec marki. Widać wyraźnie, że z biznesowej perspektywy, w świecie piwa miliony dużo lepiej inwestować w PR, niż chmiel. Żeby nawet w niewielkim stopniu konkurować z koncernami, trzeba z nimi powalczyć także na tym polu – a BrewDogowi udaje się to szczególnie dobrze.

Inny przypadek to amerykański Flying Dog (coś musi być nie tak z tymi psami), którego IPA o wdzięcznej nazwie „Raging Bitch”, doprawionej do tego dość wulgarną etykietą, nie dostało pozwolenia na bycie sprzedawanym w stanie Michigan. Cała sprawa zyskała rozgłos, browar szumnie powoływał się na wolność słowa i walczył o swoje prawa w sądzie, a w efekcie – mnóstwo ludzi usłyszało o tym wulgarnym, zakazanym owocu. Efekt łatwy do przewidzenia – gdy Flying Dog dostał pozwolenie na sprzedaż swojego piwa, głośno otrąbił wielkie zwycięstwo rzemieślniczego piwa nad podłym systemem, a Raging Bitch rozchodziło się jak ciepłe bułeczki, zdobywając wielką, jak na niszowość tego piwa, rozpoznawalność i popularność, a wraz z nim – także produkujący je browar, który u wielu amerykańskich konsumentów wrył się w świadomość jako synonim dobrego piwa i alternatywy dla lagerowych sików.

Przykładów ekscentrycznego PR’u jest więcej, jak kalifornijski Stone Brewing Co., który sprzedaje IPA o wdzięcznej nazwie Arrogant Bastard, odgrażające się z kapsla takimi hasłami, jak „You’re not worthy”. Oczywiście, można sobie poradzić bez tego agresywnego lania wody – stawiając, jak londyński The Kernel czy holenderski De Molen na minimalizm i rzetelność – ale piwa z tych browarów pozostaną niszowe i znane koneserom, podczas gdy te wredne i bezczelne w reklamie – mogą zrobić rzeczywistą różnicę na rynku. I tu się w sumie kończą moje dywagacje na ten temat – ja do piw pomysłowo się reklamujących zawsze będę miał w sercu pewną słabość, o ile zawartość butelki będzie broniła aroganckich i kontrowersyjnych haseł.

Opublikowano Teorie i polemiki | 3 komentarzy

Brytyjskie eksperymenty z kolonialnym chmielem

Niedawno, bo  gdzieś w środku czerwca, nadarzyła mi się nietypowa okazja na pozyskanie ciekawego piwa – dobry znajomy przebywał w Londynie  i miał trochę wolnego czasu na wyprawę do sklepu. Niestety, ze względów praktyczno – logistycznych, nie mógł mi go przywieźć zbyt wiele. Postarałem się, by 3 butelki, które do mnie dojadą, reprezentowały utytułowane, lokalne i niemożliwe do znalezienia w Polsce browary rzemieślnicze, a ich zawartość miała bardzo wysokie notowania w internecie. Wszystkie trzy piwa są fantazyjnie chmielonymi pale ejlami, wyraźnie jednak różniącymi się między sobą mocą, a jedno z nich było być może najlepszym butelkowym piwem, jakie piłem…

Oakham Ales Citra
American Pale Ale,  4,6% ABV

Na pierwszy ogień, podczas meczu Czechów z Portugalią poszło najsłabsze alkoholowo z tej trójki Citra APA z Oakham Ales. Styl ten, choć może mieć nawet tyle ekstraktu i alkoholu, co solidne IPA, w obecnym tu wydaniu ma być lekkim, mocno chmielonym piwem o wybitnie sesyjnym charakterze – czyli właściwie bardzo podobnym, poza metodą fermentacji, do środkowoeuropejskiego pilsa. Podejmujący się uwarzenia tego stylu Oakham Ales jest częścią pubu The Brewery Tap, mieszczącego się w imponującym, przebudowanym gmachu zabytkowego pośredniaka, co czyni go – zaszczytnie – największym brewpubem w Europie.  Co ciekawe, lokal funkcjonuje od 1998 roku, a mikrobrowar w obecnym kształcie – od 2006, więc piwo butelkowe jest w tym wypadku jedynie „skutkiem ubocznym” funkcjonowania pubu.

Citra, sama w sobie, jest piwem Single Hop, czyli chmielonym jedynie z użyciem tytułowego szczepu – mało tego, piwowarzy szczycą się, że jego premiera w 2009 roku była pierwszym przypadkiem użycia amerykańskiego goryczkowo-aromatycznego chmielu Citra w komercyjnym brytyjskim browarze. Danych odnośnie ekstraktu nie ma, dokładnie podanego składu – też, chociaż wiemy, że piwo zawiera jęczmień i  (co ciekawe)  pszenicę. Jest za to informacja, że piwo to wygrało złoty medal na londyńskim International Beer Challenge w 2011 roku – opinię sędziów zdaje się potwierdzać portal ratebeer.com, gdzie piwo ma bardzo mocne 96 punktów. Nie pozostaje więc nic innego, niż przejść do degustacji.

Piana w piwie jest – rozmiarowo – bez rewelacji, choć to zapewne w dużej mierze specyfika szkła – jest za to trwała i drobnoziarnista, z pojedynczymi większymi bąbelkami powietrza. Piwo pachnie wyraźnie chmielowo – żywicznie,  owocowo, z wyraźnymi nutami grejpfruta i sosny. Do tego jakaś lekka i ulotna, ciężka do zidentyfikowania nuta, która niepokojąco przypomina lekką stęchliznę – nie mogłem się zdecydować, czy ma pochodzenie chmielowe, czy słodowe, bo raz sprawiała wrażenie lekkiego skunksa (?!), a  innym razem wtapiała się w lekki zbożowy aromat słodu.

W smaku – oczywiście mocne uderzenie chmielu, cytrusy z grejpfrutem na czele wspierane przez delikatną, biszkoptową słodowość w towarzystwie średniego wysycenia. Piwo nie ma wielkiej pełni, ale pomimo swojej lekkości nie wydaje się zbyt wodniste – więc odfermentowanie jest w sam raz. W smaku z biegiem czasu obok chmielu zaczynają się pojawiać akcenty zbożowo-chlebowe – całkiem możliwe, że pszenicznego pochodzenia. Dalej jest jednak gdzieś na podniebieniu minimalnie obecny ten lekko nieprzyjemny akcent czegoś stęchłego, kojarzący się z tym, że piwo jest zwyczajnie za stare (chociaż datę ważności ma na marzec 2013). Cóż – nie da się ukryć, że piwo o takim charakterze jest niewątpliwie przeznaczone do konsumowania z beczki, im bardziej świeże – tym lepiej. Podejrzewam, że pite „z kija” w pubie robiłoby genialne wrażenie, a tak – degustowane w domowych warunkach (zwłaszcza, że chyba należało je trochę mocniej schłodzić) – pomimo tego, że było naprawdę dobre, mnie nie zachwyciło. (Ocena: 7,5/10)

The Kernel India Pale Ale Stella
India Pale Ale, 7,5% ABV

Drugie w kolejności piwo zostało uwarzone w londyńskim The Kernel. Browar ten ma mocno lokalny charakter, bo w Londynie jego produkty posiada ponad 50 sklepów, a w całej reszcie UK – tylko jedenaście, włączając w to dwa bary BrewDoga. Browar istnieje dopiero od września 2009, ale zdążył już wygrać złoty medal w International Beer Challenge 2011 za swojego Export Stouta opartego na recepturze z 1890 roku i tytuł „Browaru Roku” przyznawany przez British Guild Of Beer Writers, a w marcu tego roku dorobił się nowej instalacji browarniczej gwarantującej większe możliwości – przynajmniej pod względem ilościowym. Sama oferta browaru, chociaż nie jest wybitnie różnorodna gatunkowo, to jest dość pokaźna – piwowarzy z The Kernel produkują bowiem mnóstwo wersji swoich piw. Chodzi tu oczywiście głównie o eksperymenty z chmielem, bo samo IPA doczekało się u nich… Kilkudziesięciu różnych wariantów chmielenia. Ten, który przypadł w udziale mi, jest chmielony jedynie australijską odmianą Stella – pod względem ocen na ratebeer.com jest do jeden z  najlepszych wariantów, chociaż istnieją wyżej oceniane.

Po butelce na pierwszy rzut oka widać, że pochodzi z mikrobrowaru – minimalistyczna etykieta pozbawiona marketingowego bełkotu, nagi srebrny kapsel i niewielka butelka tego samego typu, jak te używane przez BrewDoga. Na etykiecie możemy przeczytać, że piwo jest „bottle conditioned”, zawiera więc osad żywych drożdży. Jest informacja, by nalewać ostrożnie, jeśli chcemy owe drożdże pozostawić w butelce (ja zwykle wolę nalewać piwo razem z tym osadem). Jest też, wyróżniony dużą czcionką napis „please drink fresh”, czyli piwo – jak większość mocno chmielowych ejli – jest najlepsze na krótko po butelkowaniu. Informacja ta poparta jest datą butelkowania, nadrukowaną obok daty „best before”. Piwo jest ważne cztery miesiące, a zabutelkowane zostało 16 maja, więc w butelce nie spędziło jakieś 6 tygodni – nie powinno to zrobić  na nim zbyt wielkiego wrażenia. Pozostaje więc tylko sięgnąć po otwieracz.

Zapach inny niż w typowych IPA, bardziej… Leśny. Typowa dla fantazyjnie chmielonych IPA „żywiczność” jest tu mniej wyraźna, piwo nie pachnie tak sosnowo, ma nieco głębszy charakter.  Poza tym w aromacie owoce egzotyczne, chyba mango, i mocna kwiatowość. Piwo ma ciemnopomarańczową barwę, a przez zawartość drożdży w butelce jest także mętne – przypomina przez to nieco… Jasnego Paulanera, czy inne jasne pszenice o intensywnie pomarańczowej barwie. Piana na początku mocna i wysoka, mieszanoziarnista – piwo pieni się w chwilę po otworzeniu jeszcze w butelce, po nalaniu w leniwym tempie opada do przyzwoitego kożuszka.

Pierwszy łyk i… Mocarna, potężna goryczka! Czuć, że chmielu nie pożałowano, na początku nie czuć właściwie nic poza nim. Goryczka jest nietypowa – nie tak wesoło cytrusowa, jak w typowych AIPA o mocnym nachmieleniu, nie tak dystyngowana, jak klasycznych IPA brytyjskich – jeśli już mówić o owocach, to przypomina ekstrakt ze skórki wyjątkowo gorzkiego grejpfruta, gdzie kwaskowate aromaty cytrusowe błyskawicznie ustępują goryczy. Choć aromat miał wiele nut o dość słodkim charakterze, zdecydowanie nie można tego powiedzieć o smaku.  Ten wydaje się też wyraźnie miętowy – kojarzy się  się z bardzo mocno zaparzonym, niesłodzonym wywarem z mięty, są nawet posmaki pieprzowe/przyprawowe. Jest również troszkę śladu po obecnej w aromacie „leśności”, jeden z posmaków piwa wzbudza skojarzenie z żutym w ustach dla odświeżenia oddechu liściem. Ten gatunek chmielu przypomina mi nieco odmiany środkowoeuropejskie – z wyróżnieniem czeskich – ale w mocno ekstremalnym wydaniu. Słód jeśli czuć, to raczej na podniebieniu, bo choć piwo jest odpowiednio gęste, to smak jest prawie całkowicie zdominowany przez chmiel – przebija się w prawdzie trochę drożdży (co nie dziwi, patrząc na mętność piwa) i jest lekka, minimalna słodkawość na końcu języka, co świadczy o tym, że słód jest jednak obecny – ale są to jedynie role drugoplanowe przyćmione przez główną gwiazdę w osobie mocarnej goryczki. Z alkoholem jest podobnie – czuć, że robi się od niego cieplej w przełyku i żołądku, ale w smaku jest dość dobrze ukryty (czuć go minimalnie jedynie krótko po przełknięciu piwa). Wysycenie – choć na początku wyraźne i odważnie atakujące bąbelkami, szybko traci swoje siły na stworzenie bogatej piany i usuwa się w cień, przyjmując średni, wcale nie przeszkadzający poziom – choć dalej jest wystarczająco wysokie, by dobrze rozprowadzać gorycz piwa na języku i podniebieniu. Piwo jest fenomenalne i w pełni odwdzięcza się za starania (i pieniądze) włożone w zdobycie go, jak najbardziej zasługuje na bardzo wysoką ocenę.  Mała butelka 0.33 litra ze skromną, amatorską etykietą jest mocno niepozorna, ale jej zawartość po prostu zwala z nóg. To piwo zachwyca i nie mogę sobie przypomnieć, żebym do tej pory pił lepsze butelkowe IPA. (Ocena: 9,5/10)

Magic Rock Human Cannonball
Imperial India Pale Ale, 9,2% ABV

Wypicie trzeciego piwa z zestawu trochę się odłożyło w czasie przez problemy zdrowotne, ale wreszcie sięgnąłem po najmocniejsze piwo z trójki. Human Cannonball jest imperialną wersją flagowego Cannonball IPA z Magic Rock Brewing. Oferta tego browaru nie jest może tak szeroka, jak w przypadku The Kernel, ale na pewno zróżnicowana i bardzo dopracowana – nawet ich najsłabsze wg ratebeer.com piwa mają na tym portalu ocenę 87 punktów.  Browar jest jeszcze młodszy od poprzednio tu omawianych, bo powstał w Huddersfield dopiero w 2011 roku – warzy więc piwo mniej więcej tyle czasu, co nasza Pinta. Jego twórcy deklarują inspirację amerykańskimi browarami rzemieślniczymi, a ich produkty zdążyły już zacząć zbieranie tytułów i medali.

Chociaż butelka jest identyczna, jak ta, w której było piwo z The Kernel, to już podejście do sprawy marketingu i etykiet – zupełnie inne. W tym wypadku mamy rzucającą się w oczy, dopracowaną estetycznie etykietę z błyszczącą nazwą piwa oraz mottem browaru „same but diffrent”. Bijący po oczach zielony kolor sugeruje mocną dawkę chmielu, a czarne tło symbolizuje zapewne moc tego piwa. Na odwrocie mamy oznaczenie warki (2835), z którego wynika chyba, że była to 35 warka w tym roku – ale nie jestem pewien, czy dobrze je interpretuję.  Mamy poza tym termin przydatności do spożycia – wrzesień 2012, a jedyna informacja o składzie, to „zawiera słodowany jęczmień i pszenicę”. Jest też tekst opisujący piwo, który porównuje picie go do bycia wystrzelonym z armaty. Hm…

Zapach z butelki to najpierw mocna fala chmielu i sosnowej świeżości, a potem – gęsty karmel. Przy nalaniu tworzy się słaba i szybko opadająca piana, wyzwala się za to kolejna dawka zapachu – i znowu, po chwili mocnego uderzenia aromatu chmielowego czuć słodowy karmel. Są też wyraźne egzotyczne owoce, grejpfrut miesza się ze słodkim mango i głębokim słodem – dokładnie tak, jak sugeruje obecny na etykiecie opis piwa. Kolor jest wyraźnie rubinowy, pod światło wpadający w bursztyn, a w cieniu – czerwonawy, opalizujący brąz. Pozostaje więc spróbować.

Goryczka w tym piwie jest mocna, ale doskonale uzupełniona przez potężną, gęstą bazę słodową – czyli tak, jak w aromacie. Piwo jest niesamowicie gęste i oleiste, a alkohol – choć w smaku, poza delikatną cierpkością, nie da się go wyczuć – mocno rozgrzewa gardło. Chmielowy smak to oczywiście żywica, sosna i grejpfruty, ale też wiele drobniejsze, egzotyczne posmaki – w połączeniu z potężną bazą piwa daje to początkowo odczucie, jakby konsumowało się polany sosem chmielowym deser z owoców egzotycznych.  Piwo jest słodko-gorzkie, głębokie i bogate – przypomina mi nieco Imperium Atakuje, z tą różnicą, że jest… Bardziej ekstremalne . Mocniejsze, gęstsze i bardziej aromatyczne. Odważniejsze i lepiej dopracowane, oraz – przede wszystkim – cięższe i o bardziej degustacyjnym charakterze, bo o ile w przypadku „Imperium” pół litra nie stanowi żadnego problemu, przy tak intensywnym piwie jak Human Cannonball 0.33l to idealna pojemność. Piwo „wchodzi” powoli, małymi łyczkami, bo intensywność smakowa aż przytłacza, a alkoholowe ciepło w gardle nie pozwala szarżować. Pod tym względem przypomina mi belgijskie strong ejle.  W miarę ogrzewania, niestety, chmiel staje się mniej wyczuwalny, a alkohol – bardziej. Goryczka zaczyna sprawiać wrażenie bardziej jednowymiarowej. To piwo jest wymagające, a dla pijącego stanowi swoiste wyzwanie – z jednej strony to zaleta, bo to niewątpliwie trunek dla koneserów, ale z drugiej… Nie jestem pewien, czy w pełni nagradza pijącego za poświęconą mu uwagę, bo smak i aromat – choć intensywne – sprawiają wrażenie nie tak złożonych, jak mogłyby być. Piwo jest świetne, ale jest to w dużej mierze zasługa charakterystyki stylu – jest w nim bowiem miejsce na poprawę i lepsze imperialne IPA na pewno istnieją. Nie zmienia to jednak faktu, że Human Cannonball jest piwem bardzo dobrym i zdecydowanie wartym spróbowania. (Ocena: 8,5/10)

Opublikowano Degustacje | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | 6 komentarzy